Ranis w październiku  (Stefanowi Szymutce) Gonią nas wielkie krople deszczu uciekamy w popłochu stromymi schodkami nie zważając na dystynkcje i narodowość Polak Jens okrywa płaszczem Niemca Bogusława nie jest to zgromadzenie pedałów klerków czy kogoś w tym rodzaju robotnicy słowa gastarbeiterzy wolności po skończonej robocie wycieramy ręce w fartuch kombinezon po chwili wiatr cichnie i od strony zamku znów drepcze deszcz i to jest jak perswazja monotonna cierpliwa mówi się mówi się proszę nie przerywać i tak do skończenia świata Peiper umarł. Pokój posprzątano. Rozkwitł tej nocy poematem w głąb. A Krynicki go prosił: „Mistrzu, daj głos, będzie ważny w skali przemian.” Zwłoki wyniesiono z lękiem, obrzydzeniem – młody sanitariusz zapomniał rękawic. Drugi milczał wymownie, wycierając spocone dłonie w jakieś papiery koło łóżka. Ze Staffa Człowiek pochyla się nad kotem rozmazanym nad asfalcie; co teraz? Co potem? Widzę to i udaję, że wszystko w porządku. Kolej rzeczy mnie pozdrawia, odsłaniając zęby w rządku. Piosenka z połowy lipca Pękają ramy, obraz się uwalnia i w górę leci, ku światłu, ku miedzi (kopuły na kościele błyszczą) – jak Jokasta na kamieniu siedzi staruszka żółta, zasuszona i widać... „pierwej skona” niż odda wyszperane dobro – ma coś z mitologii jak wszystkie podniszczone bogi, które tu na miejscu świadczą o zarazie – syn, Laertes, daj mu Boże zdrowie, miał skoczyć na jednej nodze, ciekawe co powie, bo na razie klekot wózka zamiera za wzgórzem, staruszka boi się jednego kulawca, czarnego na gębie, z zezem jak Hefajstos, podniósł rękę na nią i dobytek, z pazurów słuszny zrobiła użytek – teraz cisza, spokój, drży gorączka w powietrzu i najwyższe Oko; nie odda kineskopu, parasola, butów, nogą przyciska kłębowisko drutów... Piosenka z końca maja Widzę to i nie wiem, co powiedzieć, najmniejsza rzecz pulsuje własnym życiem; i nie ma śmierci we mnie ani wokół, ucz się umierać, jeszcze bardziej istnieć. To łyse wzgórze cierpliwie porasta, był kamieniołom, nie ma po nim śladu, matka rudzika wyrzuciła z gniazda, ma jeszcze troje, sposobi do śpiewu. Jest jedwab łąk w maju, sprzedaj go na sztuki; jest pluszcz na kamieniu i strumyka szuka – pełno go było przed rokiem. Ciebie nie ma, dziewczyno, na razie masz ciało... na resztę można całe życie czekać *** Bóbr wzbiera. Mijam go po drodze. I on mnie mija. Ileż podmytych kurników, upadłych płotów z wikliny! I nie masz nikogo, który by opisał brudne dzieci wpychające fotel w żuka, i konia bez głowy. Rodzina się przenosi bliżej biedaszybów. Zima nie ma końca. Szczecin-Przemyśl (jadę tylko kawałek) Piersi jak ze snu, gdzie kamienne kobiety kruszeją na cokołach, z Homera, z Dantego – a głupoty gada, paple coś o cenach; po co otwierała usta, mogła iść do kibla, tam malować wargi, poprawiać biustonosz czy pijące majtki; ale kiedy wróci, kiedy potrząsną za ramię, zobaczymy ją w locie, skrzydłach, morskiej pianie; i zatrzasną drzwi. Z cyklu „Kobiety w środkach komunikacji zbiorowej” Wrocław-Ełk (wysiadam w Poznaniu) Na małe kawałki ból każe jej rwać list od kochanego mężczyzny, widzę to i doznaję szarpnięć, bo wjeżdżamy w tunel; inna mocuje się z cieniem, co zapadł w przedwczorajsze sny, ręka zaciska się na kroczu, drży; biedne i rozdarte, złamane płcią, kto im tę siną pieczęć przystawił do warg, kochają na oślep cokolwiek, takie są; ale jedna nie, wychodzi skądś i daje dłoń, mam jej wróżyć (ocknij się, to konduktorka, bilet proszę, bilet!) Z cyklu „Kobiety w środkach komunikacji zbiorowej”
|