ZeszytyPoetyckie.pl
  • WYDAWNICTWA
  • WYDARZENIA
  • DEBIUTY
  • KRYTYKA
  • POEZJA
  • START
Marcin Orliński

Dzień zero

 

Pierwsze zdanie wypowiadam szeptem: postrzępiona

linia tam w dole to krawędź lasu. Potem dodaję

na głos: jeżeli liść mięty zostawia we wnętrzu dłoni

ślad, to musi być lato, popołudnie pochyłe i suche

jak skóra jaszczurki. I wreszcie krzyczę: dziecko,


dziecko! Widzę, jak biegnie po torach z rozwartymi

ramionami. Ale chyba nie chce być ptakiem. Pragnie

mieć kadłub z żelaza i drucianą sierść. Zbliża się

do mnie przez wnętrze kuli i jest coraz mniejsze. A kiedy

przystaje, by z przydrożnej gałęzi zerwać świat,

świat się odchyla. Więc siada na nasypie i przytula

twarz do rozżarzonej szyny. A ja pozostaję


na zewnątrz – po stronie morza i nie mogę

mu pomóc. Więc tylko wyszarpuję z jego brzucha

gniazda szerszeni, odwracam drzewa słojami

na zewnątrz, tnę papier.


Do zobaczenia w gniazdach, synu,

trzymaj się wnętrza.



Lubiatowo


Cisza. Na dnie morza wybucha pierwsze słońce.

Odłamki przelatują nad latarnią morską i wpadają

w kosodrzewinę. Zieleń też ma swoje dno,

więc embriony tulą się do siebie, czekając na sztorm.

Potem plaża ożywia się, na rozgrzanych dachach


rozkładają się meduzy, spod plastikowej skrzyni

wypełza mgła. W poszyciu wybucha drugie

morze. Powietrze jest już zbyt gęste i nie uniesie

cienia, który wieczorami podmywa namioty.

Na gałęzi ktoś zawiesił kieszonkowe lusterko,


cudzy portret, czytaj: ten las będzie do ciebie

powracał, w symetrii fraktalu i w półnagich prawdach

(zioło, żółć, czerw). A może nawet w igłach, które

cerują stopy. Niebo też ma swoje dno. Wśród

śmieci podrygują porwane latawce, twarze


dorastających dzieci (spokojnie, to tylko błona,

materiał na bilet), poruszone przyjaźnie,

prześwietlone miłości, a także sól, która osadza się

na skórze i przerywa proces mumifikacji (spokojnie,

taki dar może ofiarować tylko matka). Początek


nie istnieje, to pewne. Bo las można nadgryźć

od każdej strony. Zamień przystawki, wylej wino,

a tamte odległe wakacje zmienią kąt nachylenia.

Ognisko zapali się w innym miejscu: w gardle,

w dziupli albo w oknie pociągu. W imieniu pamięci


materia pozdrowi materię: żegnaj.



Firewall


Święto, czas na odwet. Eris odwraca się

i zabija Dyskordię. Oto mój pierwszy komputer,


pierwsza ucieczka we fraktal, wejście w trans. Gra

trwa, ale dziś już nie umiem tak programować, nie tworzę

biografii królów, nie tnę wroga w pień. Bo wróg

złożył na moich ustach dziwny pocałunek – kto

zabija żabę, ten oddaje przysługę Bogu, uniewinnia

innych morderców. Bo choć wciąż tętnią


we mnie tamte totemy, wszechświat przestał być

nieskończony i światło jego neonów

łagodnie mnie unosi w tamtą sierpniową noc.


Na dnie Jeziorka Kamionkowskiego

odzywa się jeszcze stary magnetowid.

I przewijają się ryby,


wszystkie porzucone święta.


 

Krótka historia czasu


Ten dym, czerwony, teatralny dym, musiał pojawić się

wcześniej: na wysuszonym, przedszkolnym chodniku

albo w łazience zamienionej przez tatę w magiczną

ciemnię. Trzask projektora jak dziwna kołysanka:

już dobrze, mój synku, już dobrze. I wcześniej:


okrągła, uśmiechnięta buzia mojej małej siostry, plastelina,

którą okleiliśmy pół świata. A także tamto popołudnie,

kiedy w mieszkaniu kilka pięter niżej wybuchł gaz.


I wcześniej, wcześniej – czyli właśnie teraz, kiedy

bezradna pamięć próbuje wywołać samą siebie,

a w ciemni mrok powtarza czystą odległość.


 


* * *

 

Butelka leci nad przepaścią i zostawia

w przestrzeni żółtawy ślad – taki obraz zapamiętałem


z podróży po korytarzach moich dawnych szkół. Ale teraz

inny pejzaż klei się do źrenicy: echem jest moje bezwładne

ciało nad doliną. Pod nim – spalony las.


Ślepy drwal? Książę Ferdynand Aragoński?

Niech będzie nawet długoręki okularnik z mleka

i śliny. Najpierw powoli założy koronę, a potem

podłoży ogień pod przyszłe dni. Lepkie sińce

pod jego oczami zapłodnią cykady i gzy. Zaniesie

do żłobu swoją kulawą mowę, jakby zdzierał

z pleców tatuaż razem ze skórą.


Pół bóg, a pół pies. A może po prostu

przeszczepiony mięsień, który nie poznał jeszcze

swojej gwiazdy?


Chodzi za mną, ale mówi do siebie.



To wszystko


z drugiej strony: pourywane kable wzdłuż

zakurzonych dróg, stosy kartonów na zapleczach

małych sklepów i kolorowe opakowania, które

dawno pobielały od słońca. Wszystko piaskowe,

kruche, a więc wypełnione jak opowieść. Tyle, że

w tej chwili nie mamy jeszcze włosów, nie mamy ubrań,

tylko nadgniłe owoce w dłoniach. Korale z pestek


jak niepotrzebne trofea. Po czym? Biedronki

za pieniądze rozgniatane na języku. Czy naprawdę

nie ma obiektywu, który ogarnąłby całość? Pomyśl

o źrenicy jak o kuli. Pomyśl o wszystkich


świętych miejscach jednocześnie. O latarniach

i ich ciemnych wnętrzach. Nagroda? Nie będzie

lepszej nagrody niż zamknięte


drzwi. Źrenica zamiast gałki,

gałka w miejsce klucza.



Dym nad lasem


Słońce jest już nisko, ale drzewa wciąż falują

od rozgrzanego powietrza. Parkingi pustoszeją

i coraz większym echem niesie się huk fal.

Leśna ścieżka już nigdy nie poprowadzi nikogo

na pole namiotowe, tylko oplecie się miękko


wokół słupów, gdzie wysokie napięcie zawsze

oznacza bezbrzeżną ciszę. I nie będzie nikogo,

kto mógłby wspiąć się na bindę kalendarza,

by raz jeszcze rozmazać na białej skórze miód

lub żywicę. Ucisk w splocie – to tu rodzi się


dźwięk, który zawsze gaśnie gdzie indziej. Bądź

wdzięczny instrumentom materii. Ziemi – wybacz

niebo. Zaciągaj się opiłkami srebra nad polnym

ogniskiem. Wsłuchuj się w skoczną muzykę,

która dobiega od strony wsi.


Żegnaj, jakbyś się witał,

i witaj, jakbyś się żegnał.

 
Copyright 2012 | ZeszytyPoetyckie.pl | Redakcja | Mapa serwisu | Regulamin