| Dawid Jung |
|
Motto: Nie miej mi za złe, bo prawdę mówić muszę nawet o umarłych, abym w prawdziwych umarłych rozkochał żywych... Juliusz Słowacki, Z listu do matki, Paryż 1845
1
nie wiem, kto kazał mi tu stać, czekać na pokos trzymając minię i pędzel z króliczej sierści [rebe wybacz, otrę ci twarz].
na pewno nie on, który był tu przede mną i kopał w deszczu.
jego gruby kopiał, w który wpisywał zdunów, dekarzy, kochanki parobków, niedoszłych iluminatów, panny o pachnących brodawkach miał być jego dziełem życia, ars moriendi, po której zapłaczą.
do moich obowiązków należy obserwować, czy w niewidzialnych kadzielnicach nie zalega popiół, czy sukno nie mnie się na wotywach, delikatne jak młody kąkol.
do moich obowiązków należy obserwować, czy ziemia nie zapadnie się pod ciężarem, czy wzeszły chwast nie przesłoni spalonych słońcem liter [robili je mistrzowie z Welnau, gdy w okolicy modny był gotyk] teraz króluje tu podbiał, miękki pod szyją, gdy zasypiasz w skwarze i słyszysz jak kobiety niosą mleko na pobliskie ścierniska, za kolejowy nasyp.
rzeczy bez wartości i znaczenia. zbieram po nich surdyny i turfy.
2
widzieliśmy (mów szeptem). staliśmy w ukryciu, nim dzień uznawano za skończony i wystawiano mu paragon. zasypiających na ulicy zbieraliśmy przed świtem. oby ich sen udrożnił. widzieliśmy (mów szeptem). o kolorach kwitnących wiśni lub rozpylanych pestycydów. ziemia wtedy kurczyła się z bólu i gdzieś ponad demarkacyjną linią (horyzont i morze) rejsowe samoloty wpadały w turbulencje. widzieliśmy wszyscy, każdy według potrzeb dostosowywał głos do emocji. niektórzy z wrażenia umierali wcześniej, inni czekali w skupieniu pijąc zimną herbatę na werandzie. aż w końcu i oni dostawali to: nicień iłu na wargi.
3
jeszcze za wcześnie: mistycy znad styksu zawiązali pakt, milczą zbawieni.
dam ci didaskalia mojej skóry, mówi – nacięty pas czarnoziemu; szepcę: podejdźcie bliżej, bo zwariuję.
w kryzach traw i płynnej rtęci nie słyszę was i to, co przelane w odczyn tlenu, grzęźnie, nie scala napoczętej woni.
jeszcze za wcześnie: mężczyzna na ulicy kośćmi karmi trzy psy, zakonnice w moro gotowe na manewry, ktoś śpiewa błękit, nie chce się ujawnić.
na wzgórzach rozniećcie ogień, niech barbarzyńcy zobaczą, ilu nas jest.
4
spośród rzeczy nietrwałych wybieram śmierć. moje ciało, niedomknięte dichtung, nosić mnie będzie krótko. wybieram spokojne odejście wśród obcych. chwile smutku i płacz. później będą rzeczy trwałe. gloria tych, którym ziemia obłożnie chora otula czoła. gloria tych, którym ziemia obłożnie chora kładzie się na języki.
5
nasi umarli są nam potrzebni, kto lepiej przestrzega, przypomina, krzyczy,
nasi umarli są nam potrzebni, naszym umarłym policzymy kości,
nasi umarli są nam potrzebni, dla naszych umarłych wzniesiemy pomniki,
nasi umarli są nam potrzebni, o naszych umarłych napiszemy podręczniki,
nasi umarli są nam potrzebni, naszych umarłych podziwiają turyści,
nasi umarli są nam potrzebni, przez naszych umarłych toczyły się wojny,
nasi umarli są nam potrzebni, przez naszych umarłych toczą się dyskusje,
nasi umarli są nam potrzebni, naszych umarłych toczy kurz,
nasi umarli są potrzebni
tylko nam samym.
6
szczęśliwi. widzą jak paruje światło. na nich padnie, że zwariowali. będą pisać o nich: spostrzegli łąki wezbrane ciszą pośród pól golfowych, gdzie bogaci chłopcy uczą się przemijania, a ich chude dziewczęta do snu czytają Homera. napiszą prawdę: słyszeli potoki niosące szlam i owady nad nimi krążące. gdy skandował tłum: exodus, exodus, wśród ciężkich chmur ktoś obniżał lot dzikiego ptactwa. wierzyli, że po to są, aby ich ciała mówiły: powietrze nad tobą jest soczyste, cokolwiek zrobisz, gdziekolwiek pójdziesz, zostawisz po sobie nie własną śmierć, lecz rozpoczęty akapit. |
Poemat o mówieniu prawdy (fragment)