ZeszytyPoetyckie.pl
  • WYDAWNICTWA
  • WYDARZENIA
  • DEBIUTY
  • KRYTYKA
  • POEZJA
  • START
Odczyt Dariusza Dziurzyńskiego w Klubie Księgarza w Warszawie

Dariusz Dziurzyński

Z psychologii współczesnego Daniela. Rzecz o tomiku Manetekefar Karola Samsela.*

 

I

      Na zaproszeniu widnieje informacja, że mam wygłosić „wstęp krytyczny” do nowej książki poetyckiej Karola Samsela. Ów wstęp powinien być z założenia czymś różnym od „komentarza literackiego” Pani Anny Lis. Muszę więc zacząć od niezbędnego sprostowania – nie przedstawię tutaj żadnego krytycznego wprowadzenia, bo ów termin kojarzy mi się po pierwsze z opracowaniem naukowym spuścizny wielkiego pisarza (np. wstępem krytycznym do wydania zbiorowego dzieł Mickiewicza), a Karol to przecież młody, 23-letni poeta, gromadzący dopiero początkowy dorobek twórczy, po drugie zaś wiąże się on z koniecznością wartościowania przedmiotu naszego spotkania - autorskiego tomiku wierszy - a promocja książki to nie jest najlepsze miejsce do rozstrzygania, co jest dobre, a co złe, co wartościowe, a co mniej w czyjejś twórczości. Zadanie to należy do recenzentów i krytyków, którzy zdążyli zresztą zabrać już głos w sprawie Manetekefar. Podzielę się za to z Państwem indywidualną lekturą tego tomiku, w czym zbliżę się do zadania mojej następczyni. Mam nadzieję, że nasze stanowiska spotkają się w miejscach wspólnych i zarazem ukażą, jak arbitralne i rozbieżne mogą być głosy o tej samej poezji, zwłaszcza gdy jeden z tych głosów wychodzi również spod pióra poety, starszego generacyjnie, choć mającego szczuplejszy dorobek (bo ledwie dwa tomiki), i różniącego się w pewnych punktach zasadniczo od estetyki bohatera dzisiejszego wieczoru. Tak więc zamiast szumnego „wstępu krytycznego” będą rozumiejące i kameralne impresje czytelnika.


II

      W czasach mojej młodości studenckiej, a więc w wieku Karola, dowiedziałem się o szybkiej metodzie uczenia się historii poezji do egzaminu – jeden z wykładowców, zresztą genialny i powszechnie podziwiany za swoje talenty dydaktyczne, poradził, aby z braku czasu na lekturę wierszy uważnie zinterpretować tytuły tomików, bo w nich kryją się kluczowe sensy danej twórczości. Metoda okazała się rzeczywiście skuteczna i czasem robiłem z niej użytek. W przypadku Karola nie jest ona konieczna, bo przed Manetekefar opublikował on dwie książki poetyckie, a nie kilkadziesiąt, jak choćby Zegadłowicz, ale odwołam się do tego jej aspektu, który trafnie podkreślił mój dawny wykładowca, czyli do dziedziny uprzywilejowanego znaczenia.

      W roku 2003 Karol Samsel wydał tomik zatytułowany Labirynt znikomości, cztery lata później ukazała się jego druga książka pod tytułem Czas teodycei. Po jednej stronie znikomość, czyli określenie tego, co posiada małą wartość, co jest nieznaczne, nieznaczące i pozorne, co znika w obliczu „wielkości”; po drugiej stronie – nie byle co – bo sama teodycea, a więc dziedzina teologii i filozofii religii, która od czasów Augustyna usiłuje przekonująco uzasadnić istnienie zła w świetle boskiej wszechmocy i nieograniczonej dobroci Stwórcy. Uwypuklenie przez poetę tych przeciwstawnych sensów pozwala podejrzewać, że zestawianie tego, co małe, z tym, co absolutne będzie jakoś organizować treść następnego gestu poetyckiego autora. I oto mamy nową książkę Karola, której tytuł skupia jak w soczewce przenikanie się sacrum i profanum, boskości z historycznością, metafizyki z codziennością, a może również wzniosłości z literacką grą. Manetekefar.

Czym jest ów tytuł? Z językowego punktu widzenia to skrótowiec, a konkretnie sylabowiec. Z artystycznego punktu widzenia to kalambur, słowo zrodzone z połączenia podobnie brzmiących i nacechowanych szczególnym znaczeniem odrębnych wyrazów. Z filologicznego punktu widzenia to neologizm, a więc słowo stworzone, dziwotworne, językowa nowość nie pozbawiona, jak każda nowość, użytkowego skandalu. Tytuł trzeciej książki poetyckiej Karola zawiera ponadto aluzję do tradycji kulturowej i literackiej – do Biblii. Uwypukla doskonale znaną opowieść o uczcie ostatniego króla Babilonu, na której pismo Jahwe objawiło rychły kres pogańskiego imperium.

Nie bez kozery przywołałem powyższe punkty odniesienia. Tytuł nowego tomiku jawi się w tej perspektywie jako przetworzenie klasycznego cytatu, sprowadzające aramejski tekst źródłowy: „Mane. Tekel. Fares” do postaci innowacji poetyckiej „Manetekefar”. Dziwność tytułu daje o sobie znać zwłaszcza wtedy, gdy pokusić się o improwizowany przekład: „Policzone. Zważone. Rozdzielone” – „Policzonezważorozdziel”, „Polizważorozdziel” albo „Policzzważrozdziel” – usiłuję zachować zasady poprawnego akcentowania. Tytuł Samselowy brzmi cudacznie, efektownie, ale i zajmująco. Słowa bożego wyroku, zapowiadające historyczną katastrofę, stały się oto słowem poety, określającym katastrofę dziwną, jakąś pseudokatastrofę, niby-katastrofę, a może katastrofę wewnętrzną? Kalamburowość tytułu zanurzonego w apokaliptyce starotestamentowej czyni z przywołanej przepowiedni przepowiednię szczególnego typu. Element gry językowej, owa licentia poetica, każe ostrożnie przyglądać się dostojnym kontekstom wprowadzonym przez poetę do jego książki. Każe również podejrzliwie odnieść się do problematyki, którą te konteksty wprowadzają – do kwestii Boga, do tematu wiary, do kondycji duchowej bohatera tych wierszy. Jednym z istotnych problemów Manetekefar jest bowiem, jak sądzę, wrażliwość duchowa młodego człowieka, żyjącego współcześnie, w epoce massmediów, spektaklu i dominacji popkultury. I to właśnie tej kwestii chciałbym się przyjrzeć z bliska. Kwestii, która scala w nowej książce dwa przeciwne rejestry czy też poziomy przedstawień i znaczeń jego dotychczasowej poezji – dziedzinę znikomości z dziedziną najwyższego sensu.

Poza tym muszę udowodnić, że książkę tę nie tylko przeczytałem, ale również przemyślałem, by Państwo nie podejrzewali mnie o deprawującą promocję chwytu z szybką lekturą.


III

       Wybór bohatera lirycznego jako klucza analizy poetyckiej zakłada, że w wierszach Karola pojawia się postać wyrazista, konkretna, substancjalna. Ktoś na kształt Pana Cogito czy też – by zachować parytet płci w twórczości poetyckiej – bohaterka autobiograficzna z wierszy wojennych Świrszczyńskiej. Od razu trzeba zasygnalizować, że tropienie takiego podmiotu na stronach Manetekefar jest krótkodystansowe i – na dłuższą metę – mylące. Książka, podzielona na trzy części, posiada – by tak rzec – bohaterów wewnętrznych, którzy dadzą się wyabstrahować w trzy figury literackie. W części I Policzono tym dominującym bohaterem jest „ja” autobiograficzne autora, utkane ze wspomnień dzieciństwa, a raczej chłopięcej młodości – to, jak możemy przeczytać, „mały trójkątny chłopiec”, który przestał być mężczyzną, to „chłopiec w zielonym tużurku”. W części II Zważono wspólnym bohaterem jest mężczyzna, czyli człowiek dorosły, który mówi o sobie „Zacisnąłem krawat / podpaliłem miasto / zabiłem człowieka”. W części ostatniej Rozproszono tym bohaterem jednoczącym zdaje się być poeta, a więc człowiek estetyczny. Chłopiec – mężczyzna – poeta. Chłopięcość – męskość – artystowskość. Niedojrzałość – dojrzałość – twórczość. Trzy następujące po sobie działy wierszy ilustrują więc trzy stadia życiowe bohatera lirycznego, których wspólnym mianownikiem byłoby dorastanie podmiotu, jego zmierzanie od formy niegotowej do formy spełnionej, ostatecznej.

Brzmi to logicznie, ale w poezji logika najczęściej zawodzi (za to konieczna jest do stworzenia jakiegobądź o niej dyskursu). Bo oto do utworów konfesyjnych i jednoznacznie autobiograficznych (Evergreen, Przejaśnienia, Niepokój, Sweter matki) dołączają się wiersze falsyfikujące prywatność poety, wybrzmiewające jako „wiersze życiowe”, ale będące w rzeczywistości liryzacją / fabularyzacją zdarzeń nie doświadczonych – tak jest na przykład z wierszem Pasek od spodni, co do którego byłem przekonany, że mówi o osobie autora, ale autor wczoraj wieczorem w mailu pozbawił mnie tej radosnej pewności. Bohater odautorski kreuje zatem swoich sobowtórów, złudnie podobnych do „ja” prywatnego, nakładających się w odbiorze na tego pierwszego, ale w intencji pisarskiej będących bytami zmyślonymi. Jakby jedna pułapka nie wystarczała, do liryki i pseudoliryki bezpośredniej należy również dodać te utwory, a jest ich całkiem sporo, w których autor, przekraczając granice płci, wieku i historii, wciela się w postać innego, oferując czytelnikowi lirykę maski lub roli. To Żyd ocalały z Zagłady w wierszu Etna, to nieletni zabójca z wiersza o niełatwym do wymówienia i skonkretyzowania tytule Sen z Kauhajoki, Gershwin Nie-Gershwin z utworu Błękitna rapsodia, to wreszcie Pani Arnolfini z pomysłowej ekfrazy. W części ostatniej pojawiają się nowe wcielenia podmiotu, tym razem awatary literackie poety, w osobach Eliota, Manna czy Rilkego. Mówienie zatem o jednolitym bohaterze lirycznym Manetekefar byłoby nieporozumieniem. Każda z trzech części książki przedstawia raczej swoisty typ bohatera – młodzieńczego, dorosłego, będącego artystą - nacechowanego w pewnym stopniu prawdą autobiograficzną, ale także zwielokrotnionego przez lirykę falsyfikatu, osadzonego dodatkowo w chórze postaci przeżywających tożsame problemy i doświadczenia.

       Zewnętrzność bohatera to tylko jeden z czynników konstytuujących jego (migotliwą) tożsamość. Równie ważne, a może nawet ważniejsze, okazują się sprawy, które zaprzątają jego umysł i składają się na tegoż – by użyć zgrabnego określenia Mariana Stali – „światoodczucie”. Jakie są zatem wątki myślowe towarzyszące kolejnym tekstowym odsłonom (nie jestem pewien, czy również stadiom rozwoju) bohatera Samsela? Wybieram spośród nich jeden, ale za to, jak sądzę, najważniejszy. Jest nim stosunek do Boga.

       Zacznijmy od więzi religijnej między quasi-autobiograficznym, na poły wyimaginowanym „trójkątnym chłopcem” a Bogiem. Bohater juwenilny Manetekefar to w pewnym sensie kandydat na świętego. To młodzieniec, któremu obca jest letniość wiary, jakże charakterystyczna dla większości rówieśników. Obce są mu również problemy inicjacji seksualnej, kult młodzieżowych idoli, imprezowanie. Poczucie bliskości Istoty Najwyższej przenika go większą realnością niż premiera filmu Davida Lyncha albo koncert The Rolling Stones. Nie oznacza to, że „trójkątny chłopiec” żyje w izolacji od współczesności, jego postawa duchowa przypomina raczej istnienie w boskim kloszu, którego pryzmat nakłada się na postrzeganie rzeczywistości. Oglądając film Bergmana, stawia on dociekliwe pytanie o istotę królestwa niebieskiego: „jak to w końcu jest ingmarze / z tym niebieskim królestwem / szarlatani miotają zaklęcia / a mi brak już sensu w ustach”, z kolei przemierzając z wycieczką współczesne Włochy, we Florencji pragnie „modlić się do Giotta”, artysty bliskiego Bogu, demiurga, w Monterchi zaś marzy, by „madonna wzięła [go] za rękę”. Te ostatnie cytaty pochodzą z jednego z najciekawszych i najlepszych wierszy tomiku, z utworu pt. Przejaśnienia.

        Bliższa lektura wierszy pokazuje jednak, że jasność wiary tego młodego człowieka należy do chwil rzadkich. Jego postawa religijna ma bowiem wiele wspólnego z niepokojącą obsesją, a nawet chorobą duszy. Wyznaczniki anormalności podmiotu wierzącego są w tomiku Karola nazbyt liczne, by mogły stanowić nieznaczący rys charakteru. To raczej psychotyczny atrybut. W wierszu Mistrz „trójkątny chłopiec” traktuje własną chorobę w kategoriach spirytualistycznych, jako karę Boga za popełnione przez siebie winy, a z modlitewnego tonu przebija niedwuznacznie postawa samounicestwienia, pożądania osobistej ofiary. Z tą religijną amor doloris czy nawet amor fati koresponduje ostra scena z wiersza Pasek od spodni – tutaj wspomnienie dzieciństwa przywołuje traumę śmierci odreagowywaną przez skłonność do ascezy i wiarę w nadchodzącą apokalipsę: „przypomniało mi się dzieciństwo / myślałem że nasza rodzina jest / nieśmiertelna potem poszło szybko / w ciągu dwóch lat dwie osoby // rano w szafie znalazłem pasek / był za krótki musiałem z bólu utyć / trzeba zacząć okładać się po plecach / i umrzeć nim zwierzęta zrosną się ze sobą.” W innym miejscu bohater opowiada historię odwiedzin tajemniczego chłopca o imieniu Jehuda (po hebr. „będę sławić Pana”), gościa o dwuznacznym statusie, będącego tyleż posłańcem Boga, aniołem, co projekcją wyobraźni, sobowtórowym, angelicznym „ja” podmiotu. Skrajna tęsknota za byciem przebóstwionym pomazańcem przeobraża się niespodziewanie w równie skrajny akt agresji wobec przybysza, który zostaje zamordowany przez bohatera. Finał tego zwiastowania kończy się w duchu opowieści grozy Edgara Allana Poe – agresja staje się autoagresją, zabicie Jehudy to jednocześnie akt samobójstwa. Wiara bohatera wierszy Samsela gorzeje niczym starotestamentowy krzew, spełnia się w temperaturze gorączki, rodzi halucynacyjne wizje przechodzące w urojenie na punkcie własnej mesjańskości. Można by powiedzieć – za podręcznikami modernistycznej psychiatrii – że to swoista „folia religiosa” oparta na wahadłowym ruchu samopognębienia i samowywyższenia. Minione czasy modernizmu pojawiają się nieprzypadkowo – to wtedy bowiem, na początku XX wieku, pragnie żyć bohater poetycki Samsela, w idealizowanej przeszłości, kiedy to sensem jego istnienia miałoby być poślubienie kobiety o imieniu świętej (Bernadetta) i „napisanie nowej księgi rodzaju” (z wiersza Moment słabości).

      Dla bohatera męskiego, dominującego w drugiej części tomiku, toksyczne pragnienie świętości przestaje być ideą naczelną. Na pewien czas czytelnik zdaje się ulegać jego nabytemu na drodze doświadczenia pragmatyzmowi religijnemu, każącemu oddzielać sfery sacrum od profanum, oddawać Bogu, co boskie, a światu, co światowe. „Dorosłość wszystko czyni prostsze / - wyznaje – wystarczy syn boży na ulicach / a już zapach psalmu / dwudziestego drugiego // jakby mniej oleisty.” Nie znając, niestety, Psalmów dawidowych na pamięć, sięgnąłem do źródła. Psalm XX to psalm mesjański, zapowiadający nadejście Zbawiciela. Plus dla mojej interpretacji – pomyślałem. Bohater, osiągnąwszy dojrzałość, relatywizuje swój stosunek do Boga, zaczyna żyć niezależnym życiem. Ale i tutaj można natknąć się na pozostałości religijnej gorączki. W środkowej części książki pojawia się dziwny wiersz Walka Jakuba z Aniołem o tytule przywołującym inicjację w człowieka bożego, patriarchę narodu wybranego, który to wiersz doprowadza parafrazę tego toposu biblijnego do granicy absurdu i bełkotliwego zmieszania nieprzystających elementów: słońca, kolibra, Anny Jantar i żydowskiego powitania „szalom”. Powstaje irracjonalny kolaż językowy, tym bardziej niespodziewany, że wiersz zaczyna się od pastiszu łopatologicznego języka mediów. Zakończenie części Zważono przynosi z kolei wiersz opowiadający o szaleństwie obiektywnym – są nim współczesne konflikty wojenne na tle religijnym, w Armenii i Gruzji, gdzie „północ zamieszkują Abrahamowie / południe należy do Izaaków jedni / drugich chcą złożyć w ofierze.” (Tbilisi).

       I wreszcie część III Rozproszono. Jej bohaterem typowym jest artysta, poeta. Wydawać by się mogło, że tekstowe wcielenia w mistrzów literackiego modernizmu: Rilkego, Eliota czy Manna (Tomasza) staną się okazją do ostatecznego przezwyciężenia „stygmatu młodości”. Nic bardziej błędnego. Wiersz końcowy, nacechowany strukturalnie nadwyżką znaczenia, stanowi zapis urojeniowej wizji bohatera, w której wywyższa on samego siebie do rangi nowego Chrystusa, prowadzącego za sobą tłum wiernych. Jedynie wyraźna teatralizacja scenerii, ruchome szpalery drzew, „kurtyna miasta”, każą podważyć obiektywność tego przedstawienia i zredukować go do fantazmatu bożego szaleńca. „Bóg umrze mi na rękach, nim ziemię zatoczy. // Będę udawał smutek, położę się na wznak, / krzyknę, że mam Go w twarzy i płynie biała krew, / mężczyźni nie uwierzą, kobiety pójdą w ślad // za mną, a port rozsunie mokre szpalery drzew, / kurtyna miasta zadrży od upłynnionych lat / gdy wszystkie statki spali wciąż gorejący krzew.” Powyższa egzemplifikacja pokazuje, jak sądzę, konsekwentne pulsowanie w Manetekefar tematu religijnej żarliwości pozostającej w nierozłącznym związku z manifestacjami choroby.


IV

       Argumenty poetyckie na rzecz bożego szaleństwa muszą iść w parze z argumentami ideowymi. Dlaczego bohater wierszy Karola Samsela to religijny odmieniec? Pierwszą odpowiedź nasuwają realia współczesności wyrażone w książce na równi z psychologizmem postaci. Świat przedstawiony przez poetę to świat zaniku autentycznych wartości metafizycznych, centralnych dla religijnej formy bycia. Widowisko sportowe – ukazane w wierszu Set – gromadzi liczniejszy tłum fanów niż wnętrza kościołów. Instytucje kultury masowej sprawują większy rząd dusz nad ludzkością i wywierają skuteczniejszy wpływ na etykę życia zbiorowego niż tablice dziesięciorga przykazań. „Dziś Synaj i Hollywood / - pisze autor / to dwie połówki jabłka.”. Człowiek znalazł substytuty przeżyć religijnych w publicznych widowiskach. Ponadto Bóg stał się częścią dyskursu medialnego, jedną z ikon kultury masowej, „syn boży wyszedł na ulice”. Tam, gdzie twarz boga znajduje się na okładce gazety lub billboardzie, tam nie ma miejsca na autentyczną teofanię. Współczesna kultura – jeśli dobrze odczytuję stanowisko poety – sprzyja osobom letnim, duchowej medianie, sprzyja również życiu bez-bożnemu, ateizmowi. Jednostka obdarzona duchowym charyzmatem uchodzi w takiej perspektywie nieuchronnie za szaleńca i za takową się postrzega.

       Ale prócz argumentów kulturowych pojawiają się jeszcze inne, typu filozoficznego. Niezachwianą wiarę wyklucza czy wręcz nihilizuje okrucieństwo życia, najpełniej wyrażone przez śmierć. Dla poetyckiego porte parole autora z wiersza Tobiasz śmierć „pozbawia sensu życia”, jest traumą i skandalem nie dającym się pogodzić z wyobrażeniem wszechdobrego Boga. Innym kontrargumentem przeciwko naturalności wiary jest okrucieństwo historii, tutaj zilustrowane przez holocaust i współczesnego konflikty etniczno-religijne. Jeszcze innym nieusuwalna ambiwalencja moralna człowieka, zdolnego zarówno do perwersji i zbrodni, jak i do tworzenia zachwycającej sztuki. Wymienione argumenty przenoszą nas w dziedzinę teodycei, której pryncypialność dla poezji Karola sygnalizowałem na wstępie tego szkicu. Nie jest to jednak teodycea Augustyna i Leibniza, lecz teodycea poetycka inspirowana mistrzami dwudziestowiecznej filozofii rozpaczy: Sartre’a i Camusa. Dlatego też w autocharakterystyce swego tomiku napisał Karol, że „szczególnie ważny jest dla niego problem teologii wobec egzystencjalizmu.” W niniejszej książce zwycięża, jak mi się wydaje, optyka egzystencjalistyczna, która, wykluczając wiarygodność wiary przez filozoficzną racjonalność, czyni z potrzeby transcendencji duchową fikcję. Nie dziwi mnie zatem, że bohater Samsela, aby powrócić do Boga, wskakuje w szaleństwo.

       Motyw obłędu religijnego w tej poezji pozwala zbliżyć ją – co czynię z wielką ostrożnością – do poważanej zresztą przez Karola poezji Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego, eksplorującego, tak w treści, jak i w formie swoich wierszy, imaginarium choroby psychicznej. Tyle że Samsel pisze obłęd wierszem klarownym, herbertowskim, a nawet metrycznym. Z zachowaniem regularnej średniówki i, niekiedy, dobrodziejstw kwiecistego stylu. Klasyczna forma wiersza jest tutaj utrwaleniem, petryfikacją zaburzonego sposobu myślenia. Dwa razy jednak zdradza ona w tomiku swoją właściwą treść – raz, gdy relacja telewizyjna kończy się logoreą obrazów (Walka Jakuba z aniołem), i dwa, kiedy język szaleńca połyka końcowe sylaby wyrazów i tworzy dziwaczny skrót słowny, słowo-nowotwór. Tą wskazówką jest właśnie tytuł. Manetekefar.

      Właściwą zagładą tej książki byłaby więc zainscenizowana zagłada podmiotu. Podmiotu upostaciowanego w osobie przekrojowego bohatera, tęskniącego za poznaniem absolutu i przekraczającego w swym głodzie boskości próg nierozumu. Manetekefar to książka opowiadająca o współczesnym Danielu, którego ożywia pragnienie czytania i objaśniania tajemnego pisma Boga, tyle że obecnie trudno sobie wyobrazić istnienie takiego kodu. Gdyby Pan odkrył ponownie swe pismo, odsłonił swą sygnaturę, zawezwano by szybko filologa klasycznego, a może – kto wie – zwykłego anglistę?

 

    *Tytuł tego odczytu oraz jego kanwa myślowa inspirowane są studium Stanisława Przybyszewskiego Z psychologii jednostki twórczej (1892). Odczyt zaś został wygłoszony jako słowo wprowadzające do wieczoru autorskiego Karola Samsela, który odbył się 17 listopada 2009 roku w Klubie Księgarza w Warszawie.

 

 

Linki sponsorowane

Kredyt bez zaświadczeń  Genewa 2010  kalkulator oc  poezja   projektowanie logo   biuro rachunkowe wrocław

Copyright 2012 | ZeszytyPoetyckie.pl | Redakcja | Mapa serwisu | Regulamin