ZeszytyPoetyckie.pl
  • WYDAWNICTWA
  • WYDARZENIA
  • DEBIUTY
  • KRYTYKA
  • POEZJA
  • START
Tomasz Pietrzak
Z rozmyślań                                                         

nad pejzażem Martha’s Vineyard. wpis 347

z cyklu: Wiersze tradycji Soto


Słyszałem deszcz między palcami wierzb nim jeszcze spadł –

bo jak inaczej opisać porę roku, w której nawet ptaki są stare,

chmury napływają zamyślone ponad puste szczyty gór,

a za nimi nie ma nic, tylko wilgoć ospałego lasu. Od wczoraj

szepczą rzeki wypełniając się domami, jest coraz więcej

jesiennego słońca snującego cienie, promienie kłaniają się Australii,

dni nie są już tak długie jak w dzieciństwie. Dzikie kaczki opuszczają jezioro,

otwierając jesień kluczem skrzydeł. Zmienia się dom;

ganek otwiera się przestrzenią i progi stają się wyższe.

Drzwi są już zamknięte, chłodniejsze są słowa,

to wszystko się zmieni.

Hania ugotowała ryż, pachnący mgłą i cynamonem, ja

ułożyłem liście w kępki, wkrótce ożyją owadami poległe kłosy.




Konfesja trzech w pierwszej osobie

 

 

                                     O Captain! My captain! our fearful trip is done.

                                                                                             Walt Whitman

 


I

Dwadzieścia cztery lata a piszę o śmierci w pierwszym

wersie. Tak łatwo jest odejść od pustego pokoju,

od lisiego gniazda z poetyckim kotem pani W.,

od tego wszystkiego z czym się wyrosło. Tak łatwo.


Może to przez słone całuny którymi opłakiwałem

siebie i innych, a które teraz owijają wokół myśl,

że świat może być lżejszy o sześćdziesiąt pięć

kilogramów, bez straty dla siebie i wszechświata.


II

Przeczytałem niejeden list przepraszam ja…

więc ten zatrzyma zegar na kropce, odmierzając

tylko czas. Dziewięćdziesiąt sześć pór roku.

Moich pór (które zwiędną kiedy wiatr opadnie


kamieniem, a ciało stanie się pokarmem drzew).

Już czuję jak piją ze mnie - wpływam w korzeń, konar,

gałąź, aż do liścia rozbłyskując wielką koroną,

całą masą zieleni, skrzeczącą i kręcącą piruety.


III

Przestaję myśleć o ciele jak o swoim, potrzebnym.

Jestem skałą, jestem mięsem, jestem nikim i niczym

- nie chcę wyróżnienia złotym nazwiskiem,

nie chcę zmieniać czyjś żal w żal po - lepsze zapomnienie.


Połknę haustem ciemne powietrze, korytarz, ściany

przedpokój . Wkrótce, wkrótce uniosę się cieniem,

ponad nakrytym stołem, ponad ojcem, ponad sobą,

nie mówiąc nikomu, że jestem tuż obok.

 
Copyright 2012 | ZeszytyPoetyckie.pl | Redakcja | Mapa serwisu | Regulamin